sobota, 27 lutego 2010

Narty (zjazdowe)

Mam już nowiuśki telefon. W sumie nawet dobrze się stało, że zgubiłam stary, w przeciwnym razie pewnie jeszcze długo nie zmieniłabym komórki, która ciągle się „zawieszała”, a bateria wytrzymywała najwyżej 2 dni (jeśli telefon nie był intensywnie eksploatowany, w innym przypadku najwyżej dzień!)… Do komórki zakupiłam od razu pokrowiec z baraniego futra - ręczna robota kirgiskich kobiet. Takie pamiątki kosztują od 100 do 150 somów.

Ręcznie wykonany pokrowiec z sierści barana



Dzisiaj skończyłam 24 lata. Dziewczyny z grupy chciały wyjść gdzieś żeby uczcić moje urodziny zwłaszcza, że powiedziano mi, że tutaj liczba 24 (i 12) ma jakieś pozytywne, magiczne znaczenie (nie wyjaśniono mi niestety dlaczego). Tak się jednak złożyło, że w przeddzień urodzin spotkałam przypadkiem na ulicy dziewczynę z grupy (którą pamiętałam z widzenia tylko podczas pierwszego dnia pobytu na uniwerku, gdyż rzadko pojawia się ona na zajęciach, a i ja też przychodzę tylko na 4 przedmioty). Okazało się, że Wika pracuje w restauracji znajdującej się na stacji narciarskiej (parę kilometrów na południowy-wschód od Karakołu). Zaproponowała żebym nazajutrz (tj. dzisiaj) pojechała razem z nią na gornołyżkę (stację). To było jakieś zrządzenie losu, że spotkałam Wikę na ulicy, gdyż dużo już słyszałam o gornołyżce i bardzo chciałam tam pojechać. Niestety nie miałam za bardzo z kim (jak wcześniej pisałam nikt z grupy nie jeździ na nartach), ani nie wiedziałam jak tam dojechać czym innym niż drogą taksówką. Z Wiką spotkałyśmy się o 7 rano przy jednym z wielu nieformalnych przystanków pracowniczego (i dlatego bezpłatnego) autobusu wożącego mieszkańców Karakołu do pracy na gornołyżce przy wyciągach narciarskich, w wypożyczalni sprzętu, hotelu, restauracji… Po drodze Wika opowiadała mi sporo o sobie i o swoim życiu. Urodziła się w Kraju Primorskim w Rosji, a potem przeprowadziła się z matką do Kirgistanu. Na zajęcia chodzi rzadko, bo musi pracować, a godziny pracy kolidują z godzinami wykładów i ćwiczeń. Wika mieszka sama, a za wynajem mieszkania płaci 2 tys. somów (kiedy się dowiedziała, że ja płacę 5 tys. „zrobiła wielkie oczy”). Zwiedziła już praktycznie cały Kirgistan i bardzo chciałaby podróżować po świecie, ale nie ma na to pieniędzy.
Swoją drogą istnieje na świecie jawna niesprawiedliwość także i w kwestii możliwości poznawania świata przez studentów z różnych krajów. O ile Amerykanie, studenci z Europy Zachodniej, Australijczycy czy Kanadyjczycy podróżują dużo, o tyle dla młodych ludzi z krajów typu Kirgistan (nie wspominając o niektórych państwach afrykańskich czy np. Azji Płd-Wsch.) czasami dużym problemem finansowym są wyjazdy w inny zakątek nawet własnego kraju.
Wika lubi pomagać innym ludziom, jak to mówi – czasami człowiek jest na takim dnie, że sam nie jest sobie w stanie pomóc. Wtedy trzeba pomóc mu zrobić ten pierwszy, najtrudniejszy krok. Potem da już sobie radę sam.
Jedną z koleżanek Wiki jest Rachat, z którą razem chodziła do szkoły średniej. Obydwie chciały iść na studia, lecz pewnego dnia Rachat została porwana przez jakiegoś kirgiskiego chłopaka. W Kirgistanie istnieje tradycja porywania dziewczyn przez chłopaków. „Ukradziona” dziewczyna zostaje żoną porywacza czy tego chce, czy nie. Najczęściej porwanie odbywa się za obopólną zgodą przyszłej pary małżonków, którzy znają się wcześniej. Jednakże czasem (jak w przypadku Rachat) porwanie następuje bez wcześniejszej zgody ze strony dziewczyny, która nie zna swego porywacza, a tym samym przyszłego męża. Trochę mnie to zszokowało, więc spytałam czemu dziewczyny godzą się na taki przebieg wydarzeń i grzecznie siedzą w domu, kiedy zostały porwane wbrew swojej woli.
Wika wyjaśniła, że panują tu swego rodzaju zabobony i np. babka czy matka mogą rzucić zły urok na dziewczynę, jeśli jest ona przeciwna całej kwestii porwania. Dziewczyny boją się konsekwencji złych babuszkowych mocy i nie protestując siedzą cicho w domu.
Rachat była w swym małżeństwie bardzo nieszczęśliwa. Zadzwoniła kiedyś do Wiki i rozpłakała się jej w słuchawkę. Wika postanowiła zorganizować „odbicie” koleżanki. Pojechała z kolegami autem pod dom Rachat, wyciągnęła ją z domu („w klapkach”) i wsadziła do samochodu.
Rachat jakiś czas mieszkała u Wiki, a teraz uczy się i pracuje w Biszkeku…


Wyciągi na stacji narciarskiej „Karakoł”






Wracając do stacji narciarskiej… Na miejscu byliśmy po ósmej (autobus musiał przejechać całe miasto i po drodze zebrać grupki pracowników). Od razu udałyśmy się do pokoju Wiki (na terenie gornołyżki jest mały budynek, w którym czasami nocują pracownicy hotelu i restauracji oraz ochrona), gdzie zostawiłam swój plecak i aparat. Wika dała mi klucz po pokoju, także po 12-tej mogłam swobodnie przyjść tutaj w celu skonsumowania zawartości plecaka i zabrania aparatu, aby tym razem zrobić parę zdjęć na stokach.
Stacja znajduje się na wysokości 2300 m n.p.m., a najwyżej na jednym z czterech wyciągów można wjechać na nieco ponad 3 tys. metrów. Stamtąd rozciąga się piękny widok na cztero- i pięciotysięczniki potężnego łańcuchu górskiego Tien szan (m.in. Pik Przewalskiego 4273m n.p.m., Pik Karakoł 5216 m n.p.m.). Z kolei patrząc na północ widać położony w dolinie Karakoł oraz rozciągający się na zachód od niego olbrzymi Issyk-kul. Z tego miejsca (tzw. Panorama) jazda na nartach czy snowboardzie nie jest zalecana amatorom, gdyż jest to fragment o dużym kącie nachylenia stoku. Oczywiście ja nie należę do profesjonalistów i wjechałam na Panoramę głównie kierowana ciekawością widoku z tego miejsca. Ale ponieważ zjazd z Panoramy możliwy jest dwoma różnymi trasami i postanowiłam sobie, że przejadę się choć raz wszystkimi trasami, wjechałam tam jeszcze raz. Muszę przyznać, że trzeci raz już bym nie zjechała stamtąd nawet za pieniądze. Patrząc na niektórych narciarzy pędzących w dół z Panoramy z zawrotną szybkością i skaczących na muldach parę metrów w przód, aż mi ciarki na plecach przechodziły.


Widoki z Panoramy







Snowboardzisci na Panoramie


W dolinie Karakol i Issyk-kul na zachód od niego


Do domu miałam wrócić tym że autobusem, którym przyjechałam na stację. Jednakże Wice coś się pomieszało w kwestii godziny odjazdu autobusu i takim sposobem odjechał beze mnie. Pozostało zamówić z miasta taksówkę (co by mnie w dobrym wypadku kosztowało 500 somów) lub czekać na jakiś samochód, który wraca do Karakołu i zechce mnie ze sobą zabrać. Spojrzałam na duży elektroniczny termometr, który pokazywał +4’C, co było dość zaskakujące zważywszy na fakt, że jest luty a baza leży na dwóch tysiącach metrów n.p.m. Dobrze, że było tak ciepło, bo na następny autobusik zjeżdżający do Karakołu czekałam ponad godzinę…

Najlepszy narciarz w Kirgistanie :D



Mała Kirgizka na kirgiskiej imprezie na stoku



Na marginesie, w restauracji na gornołyżce po raz pierwszy od przyjazdu do Kirgistanu udało mi się zjeść smaczne danie! Zamówiony pstrag był świeży i dobrze przyrządzony. Ceny – co zrozumiałe- dość wysokie, ale za dobre jedzenie, zwłaszcza tam gdzie jego deficyt, warto płacić.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dzień Mężczyzn

Jutro w Kirgistanie święto – Dzień Obrońców Ojczyzny, czyli święto armii sowieckiej. Jednakże bardziej niż narodowy prazdnik 23 luty świętowany jest jako Dzień Mężczyzn. W Polsce Dzień Kobiet a i owszem jest popularny i obchodzony, ale o Dniu Mężczyzn raczej mało kto pamięta. Tutaj pamiętają o świętach zarówno jednej jak i drugiej płci.
Ponieważ 23 lutego jest z powodu święta dniem wolnym od nauki (ale niekoniecznie od pracy, np. sklepy są otwarte), postanowiono zorganizować wybory Mistera Fakultetu Turystyki 2010 w przeddzień święta.

Scena karakolskiego Domu Kultury, na której odbyły się wybory Mistera Turystyki 2010


Impreza odbyła się w budynku podobnym do naszych Miejskich Ośrodków Kultury, główną jego część stanowiła duża sala ze sceną i siedzeniami. Śmiesznie się zaczął cały występ. Na scenę wyszła para i zaczęła tańczyć coś w rodzaju tanga do piosenki „Roxeanne”. Po chwili sprzęt zawiódł, coś się rozłączyło i muzyka zamilkła (para nie zważając na to tańcowała dalej), za moment muzyka znowu rozbrzmiała (para dalej brnęła ze swym układem), po chwili dźwięk się wyłączył (para kontynuowała tańce), potem znowu się włączył, wyłączył, jeszcze raz wyłączył (para ciągle tańczyła jak gdyby nigdy nic) i… koniec występu :)
Następnie na scenę wyszło sześciu kandydatów do tytułu mistera turystyki 2010. Obiektywnie oceniając wizualną atrakcyjność chłopaków daję im średnią 2,5 (na 6), no ale jak wszyscy wiedzą nie wygląd najważniejszy… Dlatego kandydaci mieli przed sobą szereg zadań do wykonania pod znaczącymi tytułami: „najmądrzejszy” (odgadnąć oznaczenia oficerskie majora, generała itp…) „najsilniejszy” (największa ilość wykonanych pompek), „najszybszy” (jabłkiem na sznurku przewiązanym wokół pasa jak najszybciej „dopchać” do krańca sceny znajdujące się na podłodze pudełko od zapałek) etc.

Kandydaci na mistera


Był także konkurs talentów… niektórzy nieudolnie śpiewali piosenki po angielsku, inni udolnie po kirgisku, a jeszcze inni wykonywali nowoczesne tańce (także udolnie).
Program imprezy oprócz konkurencji kandydatów na mistera ubarwiały występy taneczne, śpiewane i humorystyczne (krótkie komiczne scenki, tzw. miniatury) miejscowej młodzieży. Nieraz było śmiesznie - kiedy jeden z chłopaków śpiewając piosenkę nie pamiętał tekstu i co chwila zerkał na ściągę schowaną w dłoni, poza tym zabawne były też miniatury (szkoda tylko, że niektóre przedstawiano po kirgisku i wtedy nic nie rozumiałam). Spośród tancerz duże wrażenie zrobił szesnastolatek, który wykonywał tańce w stylu Michaela Jacksona. Chłopak świetnie się ruszał, a takiego „moon walka” w wykonaniu amatora jeszcze nie widziałam!
Masterem turystyki został kandydat, który właściwie niczym się nie wyróżniał, ani urodą, ani wybitną szybkością, siłą czy talentem tanecznym, za to odziany w kałpak i koftę (???) wykonał bardzo długą (i wygląda na to, że trudną) tradycyjną kirgiską pieśń. Zapewne i dlatego wygrał cały konkurs.
Tego też dnia zgubiłam telefon. Prawdopodobnie wypadł mi z kieszeni gdzieś po drodze z mieszkania. Nawet nie liczyłam na to, że później jeszcze raz przechodząc tą drogę mogę go znaleźć.
Kiedyś po zajęciach szłam kawałek drogi z Wiktorem i Azamatem z mojej grupy, którzy spytani co zazwyczaj robią po zajęciach odpowiedzieli: albo spotykamy się z kolegami u nas czy u nich w domu, albo idziemy… postać na ulicy :) Taki sposób spędzania wolnego czasu (stanie na chodniku w grupkach) preferuje spora część karakolskich chłopaków, także to chyba byłby cud jeśli nikt nie zauważyłby mojego telefonu leżącego sobie gdzieś na trasie mikroregion Woschod – centrum...

sobota, 20 lutego 2010

Narty (biegowe)

Stało się. Dostałam pierwszych sensacji żołądkowych w Kirgistanie. Nie wiem po czym, być może po wczorajszej restauracji, być może po mandarynkach. Całe szczęście, że rano i do południa czułam się w miarę OK, nie bolał brzuch i nie miałam nagłej potrzeby korzystania z toalety, dlatego też wyjazd na dzisiejsze narty był udany.

Mieliśmy spotkać się przed budynkiem uniwersytetu o 8.15, ale jak to u Kirgizów bywa każdy mierzy czas po swojemu i suma sumarum większość ludzi przyszła po 8.30. To i tak dobry wynik, bo np. podczas pierwszych dni mojego pobytu tutaj gdy umawiałam się z Janarą na konkretną godzinę, dzwoniła ona z uprzedzeniem, że spóźni się jakieś pół godziny, po czym i tak przychodziła godzinę później.
Wracając do nart, przed 9-tą pojechaliśmy dwiema marszrutkami gdzieś pod miasto, gdzie była duża polana o odpowiednim stopniu nachylenia, żeby się móc wspinać i zjeżdżać. Na początku pokazali nam jak smarować narty specjalnym mazidłem, a potem uczyli różnego rodzaju chodów i podejść pod górę. Jako, że podchodzić pod górę na nartach nie lubię, gdyż jest to męczące, a dodatkowo byłam trochę osłabiona, to wspinając się używałam chodu o nazwie "byle się znaleźć na górze", a z czasem wypięłam narty i podchodzłam w butach (zresztą nie ja sama). Zjazdy byly lepsze bo nie tak męczące, ale narty biegowe, jak sama nazwa wskazuje służą do biegania a nie do zjeżdżania, także bez parokrotnego "złapania śnieżnego zająca" się nie obyło :)

Z cyklu: "Ja i..."
Ja i narty (oraz dziewczyny z grupy)



Wykładowcy


Po jakichś trzech godzinach większość (głównie dziewczyn) miała dość nart, a poza tym ludzie zgłodnieli. Udaliśmy się więc na dół, gdzie zaparkowane były marszrutki. Myślałam, że po prostu pojedziemy do domu i finito. A tu niespodzianka. Obiad był na miejscu, złożony z róznego rodzaju przekąsek (w tym ziemniaki, makarony, jakieś ichniejsze pierożki, cukierki, ciasta, jabłka itp.). Były jeszcze 2 torty z napisami (foto poniżej). Okazuje się, że tutaj kiedy gdzieś wyjeżdżają, każdy coś przygotowuje w domu (albo kupuje) i przywozi ze sobą. Niestety moje problemy żołądkowe sprawiły, że nie byłam w ogóle głodna, tylko chciało mi się pić. Oczywiście gościnni Kirgizi wepchnęli mi jakiegoś pierożka, ale dałam radę tylko go spróbować po czym byłam bliska dostania odruchów wymiotnych (pierożek był ok, tylko widocznie mój żołądek nie tolerował żadnego jedzenia), więc owinęłam pierożek w chusteczkę i schowałam do kieszeni (będzie dla sobaćki).
Zdziwiło mnie, że nikt nie zdejmuje narciarskich butów, ani nie czyści nart, żeby upakować je do auta. Okazało się, że... wracamy na polanę, żeby rozegrać sztafetę. Ehhh, może w innych okolicznościach przyrody bym się ucieszyła, ale wtedy chcialam już jechać do domu... Czułam się w dalszym ciągu dość dobrze, tylko nie miałam już za bardzo siły na nic.

Torty z napisami Kyrgyzstan i logo firmy, która zorganizowała wyjazd


Wyżerka na masce auta


Zabiedzony koń walęsający się po okolicy w towarzystwie drugiego konia


Zanim rozegraliśmy sztafetę, najpierw odbyło sie przekrzykiwanie na temat, co, kto, gdzie, jak..? Kirgizi najczęściej idą na żywioł i planować to oni chyba za bardzo nie lubią, poza tym brak był jednego wyraźnego szefa całej imprezy. No ale w końcy po paru minutach udało się podzielić nas na dwie grupy. Potem członkowie poszczególnych grup porozstawiali się po różnych miejscach okręgu, zostawiając między sobą duże odstępy. Od razu wepchałam się na punkt okręgu, z którego był zjazd, gdyż absolutnie nie chciałam być na odcinkach, gdzie trzeba było się wspinać. W sumie wykonaliśmy trzy kółka, a sztafetę wygrała moja drużyna (urra!)
W drodze powrotnej do miasta, marszrutka trzęsła tak niemiłosiernie (w drodze na polanę nie było zresztą dużo lepiej), że bałam się, iż puszczę tam na tyle pawia. Na szczęście udało się dojechać na miejsce bez przygód. Szybko zawinęłam się do domu, gdzie dostałam bólu brzucha i odwiedziłam kibel z 6 razy pod rząd. Jak to dobrze, że przed przyjazdem tutaj zaszczepiłam się przeciw WZW typu A.

Ach, zapomniałam wspomnieć, że nasze zmagania na nartach biegowych filmowała tutejsza telewizja. Uniwersytet Issykulski obchodzi w tym roku 70-lecie istnienia i z tej okazji chce się pokazać na szklanym ekranie, stąd zaproszenie tv na nasz wyjazd.

Karakolska telewizja filmująca nasz wyjazd na narty


Niby za tydzień mamy jechać na stację narciarską, gdzie w końcu można będzie pojeździć na nartach zjazdowych. Jeśli wycieczka grupowa nie wypali, będę organizować wyjazd na własną rękę.

piątek, 19 lutego 2010

Kartofielnyje szariki

Rano nie mogłam nawet wypić herbaty, ani umyć zębów bo w dalszym ciągu nie ufałam wodzie, która nie dość że nie wyglądała czystawo to jeszcze cuchnęła. Dobrze, że kupiłam 2 razy po 1,5 litra mineralnej to starczy mi na tydzień robienia herbaty i mycia zębów. Niestety kąpać muszę się w śmierdzącej wodzie z wodociągu, brrrr.

Może napiszę teraz coś o nauce. Tak jak wcześniej wspominałam mają tutaj zarówno wykłady jak i ćwiczenia, na które wszyscy muszą się przygotowywać co tydzień z materiału z jednego z wykładów plus każdy musi napisać pracę semestralna na jeden z zadanych tematów. Oczywiście mnie ta przyjemność też nie ominie (jak dobrze, że mam tylko 4 przedmioty). Na jednym z przedmiotów tematy są dość lekkie i ciekawe, np. największe kasyna na świecie albo coś o olimpiadzie. Niestety, niektórzy wykładowcy myślą chyba, że skoro jestem inostrańcem (obcokrajowcem) to wiem na temat Kirgistanu więcej i lepiej niż pozostali studenci. No tak, przecież jestem tu aż 12 dni, a oni tylko ponad 20 lat. Dlatego temat jednego z SRS-ów (saomostajatielnaja rabota studienta - samodzielna praca studenta), który mi przydzielono brzmi: Perspektywy rozwoju turystyki rozrywkowej w Kirgistanie...

Po zajęciach poszliśmy (niecałą) grupą mierzyć buty i narty na jutrzejszy wyjazd (w grupie są 3 mężatki, a jeśli dziewczyna jest "mężata", to zazwyczaj nigdzie prócz do szkoły jej nie puszczają, a często ona sama nie chce zostawiać rodziny samej w domu). Na biegowych jeszcze nie miała okazji jeździć, więc czekało mnie małe zaskoczenie kiedy odkryłam, że buty do nart biegowych i zjazdowych wyglądają zupełnie inaczej. Cała jutrzejsza wyprawa ma trwać do godz. 14-tej, a koszt to "aż" 50 somów (~ 3 PLN)

Dziewczyny z mojej grupy
Od lewej: Guzjal, Japara i Dinara


Dzisiaj znowu nie chciało mi się nic gotować ani smażyć, więc poszliśmy z Tade do restauracji. Ponieważ chciałam coś pojeść, a nie było Janary, która mogłaby objaśniać czy dana potrawa zawiera tłuste mięso i będzie dla mnie jadalna, postanowiłam wybrać "bezpieczną" rybę (w sumie jak zamawiałam kiedyś sałatkę z kurą, też myślałam, że był to bezpieczny wariant...). Pomyślałam sobie, że do ryby dobre będą ziemniaki. Mieli w menu "kartofielnyje szariki", więc to zamówiłam i jeszcze do tego poprosiłam o pomidory. Kelner - młody chłopak ok 17 lat- był śmieszny, bo kiedy składałam zamówienie prosił z 5 razy, żebym powtórzyła jeszcze raz co chcę bo nie mógł zapamiętać i spisać... Spytałam się go o te szariki, czy duże są. Powiedział, że nie, więc pomyślałam "wezmę ze 4", Tade też chciał spróbować, także postanowiłam wziąć 5. Jednakże można było zamówić albo 3, albo 6 (trzy sztuki na jedna porcję). Wzięłam więc 6 sztuciek.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy kelner przyniósł dwa talerze, na każdym po 3 DUŻE szariki ustrojone pomidorami i koperkiem. Zaraz potem doniósł duży kawał ryby z ryżem, surówką i... pomidorami (widać wzięli sobie te moje pomidory do serca ;) Myślałam, że ryba będzie tylko rybą bez dodatków i dlatego zamówiłam jeszcze ziemniaczane szariki, które z kolei myślałam, że będą zwykłymi gotowanymi ziemniakami. Okazało się, że najadłabym się tylko jednym talerzen tych szarików. A tu miałam jeszcze ich drugi talerz oraz wielką rybę z ryżem i surówką... Bez pomocy Tade w zjedzeniu jednego talerza szarików by się nie obyło. Ale muszę przyznać, że w końcu coś mi w Kirgistanie posmakowało, ziemniaczane kulki mianowicie. Będę może czasem chodzić do tej restauracji na szariki (z grzybami w środku i obtoczone chrupkim czymś), zwłaszcza że za wszystko zapłaciłam tylko ok. 15 zł...

czwartek, 18 lutego 2010

Kinder Bueno

Jem właśnie Kinder Bueno i ze zdziwieniem stwierdzam fakt, że z tyłu na opakowaniu informacje nt składu Bueno są w czterech różnych alfabetach i bynajmniej nie ma tu łacińskiego. Jest gruziński, armeński (ormiański), perski (Iran) i rosyjskie bukwy. Natchnęło mnie to do rozmyślań nad różnorodnością liter w świecie. Żydzi mają swoje, Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, mnóstwo Arabów (w sumie do tej pory myślałam, że w Iranie też używają arabskiego...), Grecy, Tajowie i inne nacje Azji płd.-wsch., poza tym wspomniane cztery z Kinder Bueno i jeszcze dużo innych. Na campie w Ameryce była jedna dziewczyna, która urodziła się i dzieciństwo spędziła na Ukrainie, a potem przeprowadziła się do Izraela. Jako że mówiła ona także po angielsku automatycznie znała trz zupełnie różne alfabety: hebrajski, rosyjski i łaciński.

Nabyłam dziś spodnie na sobotnią wyprawę na narty biegowe. Kosztowały mnie ok. 80 zł i są trochę przyduże, ale i tak szczęście że chociaż takie udało mi się kupić, bo znaleźć tu jakiekolwiek, a już szczególnie inne niż w rozmiarze L, jest trudno.
Z kolei za narciarskie rękawiczki, które kupiłam na bazarze dałam aż niecałe... 5 złotych :)) Szkoda, że nie wzięłam swoich, bo te i tak pewnie po dwóch użyciach będą do wywalenia.
Poza tym nabyłam na bazarze sprzęty do kuchni, jako że zachciało mi się zjeść naleśnika z bananem, a nie miałam przyborów do wyrobienia i nalewania ciasta na patelnię. Tak więc kupiłam wazówkę i miskę, a poza tym jeszcze maly rondelek. Już tak się przyzwyczaiłam do niskich cen takowych sprzętów, ze jeśli mam za coś zapłacić więcej niż 50 somów to się poważnie zastanawiam (a to przecież nieco ponad 3 złote). Chińczycy opanowali także kirgiski rynek (w sumie co się dziwić, to przecież sąsiad), więc wszystko kosztuje tu grosze. Za wazówkę, metalową miskę i rondelek dałam w sumie ok. 7 złotych!

Po południu "zepsuła się" woda. Najpierw nic nie leciało z kranu, który wydawał "chrypiące odgłosy", a potem popłynęła strasznie brudna woda z piaskiem. Do końca dnia woda była brudnawa więc nawet się nie kąpałam, a zęby umyłam na pół gwizdka. Postanowiłam, że od tej pory do robienia herbaty, mycia zębów i twarzy będę używać tylko wody butelkowanej, która kosztuje 1 zł za 1,5 litra w jednym z najdroższych sklepów w mieście (nieraz kirgiskie ceny naprawdę mnie zadziwiają).

środa, 17 lutego 2010

Debiut w tv

Do tej pory myślałam, że karakolskie chodniki w zimie to albo ślizgawki, albo bloto. Dzisiaj się przekonałam, że mozliwy jest także wariant dwa w jednym, czyli i błoto i lód. Na tak śliskich chodnikach jak tutaj (a są one naprawdę mocno oblodzone - dowód poniżej) jest bardzo łatwo stracić równowagę. Osobiście już w Polsce wypracowałam sposób chodzenia po takich powierzchniach polegający na natychmiastowym oderwaniu nogi od podłoża, gdy tylko się ją na nim postawi. Głownie chodzi o to by nie stąpać po lodzie tak pewnie, jak to się robi na suchym podłożu. Dotychczas udało mi się nie zaliczyć ani jednej gleby, a miałam tylko ze 4 poważne zachwiania równowagi. Z kolei Tadeas widocznie nie zna patentu chodzenia po śliskim bo już pierwszego dnia pobytu tutaj złapał zająca (haha "złapał zająca", czyli po naszemu wywalił się) półtora raza (drugi raz był z podpórką ;). Ogólnie chodniki są tutaj w beznadziejnym stanie - jak nie złamiesz nogi to zachlapiesz błotem buty i spodnie.

Ślizgawka na chodniku


Z kolei z newsów to miałam dzisiaj swój debiut w karakolskiej telewizji, tzn. na razie było to nagranie, w tv mam być niedługo (choć mam nadzieję, że im się taśma zepsuje i nie będzie pokazu :D). Uniwersytet robi kampanię promocyjną programu wymiany studentów, żeby więcej z nich zgłaszało się do wyjazdu do Europy. Głównym powodem, dla którego jest tak mało chętnych jest słaba znajomość angielskiego wśród nich. Dlatego wzięli m.in. mnie, Janarę i jej kolegę, z którym była w Belgii w ramach Mundusa oraz wykałdowców mających za sobą lub wybierających się na wyjazd do Europy, aby opowiadać o programie. Janara żartowała, że gdy tylko pokażą to w TV, będą nas na ulicy pokazywać sobie palcami i mówić: "o, to ta, co była w telewizji"... dla mnie nie zrobi to większej różnicy, bo i tak już teraz przyglądają mi się uważnie. Na dowód przytoczę dzisiejszą sytuację z bazaru, gdzie zaczepił mnie sprzedawca (młody Kirgiz, wcześniej kilka razy u niego kupowałam mandaryny, które na marginesie mają ze 3 razy więcej pestek niż te u nas, ale smak jest ok). Pytał się jak idzie nauka i czy... mam męża. Powiedziałam, że nie, ale chłopak się znajdzie. Spytał się: a ilu tych chłopaków? Bez zastanowienia wystrzeliłam, że ośmiu w różnych krajach ;)

Po połudinu poszliśmy z Janarą i Tadeasem kuszat'. Postanowiłam spróbować lagman (łagman). Dwa dni wcześniej spróbowałam tego trochę od Tadeasa, który zamówił lagman w stołówce. Był niezły, więc postanowiłam zamówić dzisiaj na obiad. Niestety, albo za mało spróbowałam tego od Tade, albo ten w restauracji był przyrządzony nieco inaczej niz ten w stołówce, albo (to chyba będzie najodpowiedniejsze wytłumaczenie) po prostu kirgiska kuchnia nie jest dla mnie. Zjadłam tylko trochę makaronu (akurat makaron z lagmanu jest dobry) i warzyw (głównie papryka i jakas kapusta), a mięso dałam Tade, któremu jak na razie wszystko tutaj smakuje. W sumie chciałam spróbowac tego mięsa, bo nigdy nie jadłam baraniny ani cielęciny (a to był jeden z tego rodzaju mięs), ale kawałki jego zawierały tłuste elementy. Próbowałam odgryźć mały fragment bez tłustego. Niestety nie udało się, gdyz mięso było bardzo twarde (tak twarde, że nie dało nawet rady odgryźć małego kawałka!)

Lagman (ten, który zamówil Tade w stołówce)


Wzięłam 2 kawałeczki mięsa dla mojej sabaki. Odnośnie sabak: jest ich tu mnóstwo, a większość jest bezdomna i wałęsa się po mieście. Na moim osiedlu (mikrorajon Woschod) jest kilka psów, które tu się zadomowiły i zazwyczaj wałęsają się tylko po najbliższej okolicy. Wśród nich jest około dwumiesięczna psina, którą sobie szczególnie upodobałam i karmię ją rano i czasem po południu. A ona mnie już rozpoznaje i gdy tylko zobaczy z daleka, to biegnie do mnie merdając ogonem. Na razie jest jeszcze nieufna, nie daje się za bardzo pogłaskać i (jak wszystkie psy tutaj) odskakuje, gdy tylko zrobię jakis bardziej gwałtowny ruch. Zazwyczaj daję jej resztki z mojego jedzenia albo kupuję Pedigree w saszetkach. Psinę nazwałam "sobaćka" (czytaj: sabaćka), czyli po polsku... psina ;).
Czasami, gdy mam jedzenie dla sobaćki jest ona wtedy w towarzystwie innego psa i chcąc nie chcąc, jej kompanowi też trzeba dać coś na ząb. Mam nadzieję, że nie przerodzi się to z czasem w karmienie wszystkich psów z okolicy...

Sobaćka

poniedziałek, 15 lutego 2010

Kompan z Czech

W niedzielę przyjechał do Karakołu drugi student z Europy, konkretnie z Czech, Tadeas. Nie jest tu w ramach Mundusa, tylko jakiegoś innego porogramu. W Czechach studiuje leśnictwo i uwielbia wszystkie rośliny (co bym go nie spytała jak się nazywa, zaraz rzuca łacińską nazwę). Dzisiaj ponad pół godziny pokazywał mi na swoim laptopie zdjecia z Tajlandii, gdzie spędzał ostatnie wakacje. Byłoby może intersująco, gdyby nie to, że wszystkie zdjęcia poakzywały... wyłącznie rośliny! Żdanego normalnego "turystycznego" foto. Powiedział, że inne zdjęcia ma, ale w Czechach, a tutaj przywiózł tylko fotografie roślin ;) Tadeas nie mówi po rosyjsku (a będzie mial tu przedmioty tylko w jęz. rosyjskim!), a po angielsku słabo (czasem zadziwia mnie nieznajomością niektórych prostych słów czy wyrażeń), więc porozumieć się z nim jest czasami ciężko. Dochodzi do tego, że mowiąc do niego zaczynam uzywać angielsko-rosyjsko-polsko-czeskiego zlepku słów. Ten mój czeski to oczywiście taki zgadywany z akcentem na ostatnią sylabę, np. potreba albo pienondze...
Ostatnio byliśmy także z Janarą, jej chłopakiem (Meder - obydwoje z Tadeasem nie mogliśmy długo zapamiętać jego imienia) i Tadeasem na lodowisku zrobionym na miejscu miejskiego stadionu. Niestety jazda mi za bardzo nie wychodziła, a tam nawet barierek nie było zeby się przytrzymnać, więc szybko zamieniłam łyżwy na buty.

Tadeas i Janara (a w tle sprzedawca) w sklepie chemicznym


Tadeas ma laptop chyba z zaintsalownym modem, niestety ma takze zainstalkowaną Vistę, ktorej nie lubię i na której się nie znam. Dodawszy fakt, ze wszystko jest tam po czesku, a Tadeas nie zna sie na komputerach, całkiem naturalne, ze nie udało nam się połączyc z internetem. Chyba juz sobie darujemy proby uzyskania polaczenia w mieszkaniu i będziemy korzsytać z nędznej kafejki :/
Pisałam już, że chodząc mo miasteczku z dużym aparatem, w mojej jasnej kurtce i w plecaku wyglądam na rasową turystkę. Ludzie przypatrywają mi sie jak jakiemuś zjawisku. A razem z Tadeasem, który ma równie wyróżniającą się kurtkę, aparat i plecak, jesteśmy superatrakcją. Zwłaszcza, ze kolega z Czech jest jasnym blondynem i ma kręcone włosy. Nawet kobiety na uniwerku komentowały, że u nich takie malczika to tylko w skazkach (bajkach), bo na ulicy sami ciemni bruneci. Potem śmiejąc się dodały, że jak Tadeas tu trochę pobędzie to może i stanie się brunetem.
Później na bazarze sprzedawcy pytali nas jak nam się tu podoba i jak wypoczywamy - wyjaśniam wtedy, że my tu studiujemy i przyjechaliśmy na dłuzej niż tydzień. Dwie babuszki-sprzedawczynie porposiły o zrobienie im zdjęcia i pozowaly z bananami w ręku (niestety moj aparat był schowany, więc foto udalo zrobić sie tylko Tadeasowi)
A kiedy potem szliśmy ulicą jacys faceci, gdy nas zobaczyli, zaczęli mowić po angielsku: How do you do? hello?, a po rosyjsku pytali jak wypoczywamy?. Po takich przygodach, aż mi sie wierzyć nie chce ze latem jest tu podobno bardzo duzo turystow, bo ludzie wciąż wydają się być nie bardzo oswojeni z ich widokiem...

Bazar w Karakole






A teraz nieco o muzyce jakiej słuchają w Karakole i w Kirgistanie w ogóle. Janara opowiadała mi, że kiedy byla w Belgii ludzie dziwili sie, kiedy mowila im ze w Kirgistanie tez słuchają Lady Gaga czy Beyonce. Faktycznie słyszy sie tu sporo muzyki amerykańskiej, aktualnie popularnej w Stanach czy Europie. Poza tym puszczają też rosyjskie piosenki, no i kirgiskich wykonawców. Muzyka w wykonaniu kirgiskim jest różna - od kopiowanego od Amerykanow r'n'b czy rapu po kirgisku, przez rzewne kirgiskie ballady z wyglądającymi na archaiczne teledyskami, po typowe kirgiz-polo czy też disco-kirgiz (disco polo po kirgisku). Na jednym z kanałów codziennie ok. godz. 19 nadają program typu "przyślij życzenia, a my je przeczytamy i puścimy do tego piosenkę". Jest on podzielony na dwie cześci - rosyjską, gdzie czytają życzenia po rosyjsku, grają rosyjską i amerykańską muzykę oraz kirgiską, gdzie czytają życzenia po kirgisku, a muzykę grają tylko kirgiską.

Ponizej link do kirgiskiego hitu, Ильяз Андаш "Сен жок"
http://video.mail.ru/mail/sanjar0001/super/1039.html

Z cyklu obyczaje: w Kirgistanie też obchodzą walentynki. Najczęściej zakochani udają się do restauracji czy kawiarni (w sumie u nich to jedno i to samo) i dają sobie w prezencie odpustowe laurki w kształcie serca.

Wielkie walentynkowe serce w centrum Karakolu