poniedziałek, 22 marca 2010

Nauruz

Wczoraj w Kirgistanie (i innych regionach Azji Centralnej, a także Bałkanów czy Kaukazu) obchodzono wiosenny prazdnik Nauruz, który określa się tu mianem Nowego Roku. Niestety pogoda niezbyt dopisała i dlatego na głównym placu (placo-ulicy) miasta nie pojawiło się zbyt dużo osób. Poza tym nie odbyły się też wyścigi ani gry konne (np. przechwytywanie martwego kozła przez konnych jeźdźców).
Ogólnie ostatnio zrobiły mi się mini ferie, jako że od soboty do środy wyłącznie nie mam żadnych zajęć. Poniedziałek wolny, bo to dzień po święcie Nauruz, we wtorek zajęć nie mam planowo, a w środę obchodzą tu święto rewolucji z 2005 roku, kiedy to opozycja zmówiła się i postanowiła siłą wygnać ówcześnie urzędującego prezydenta. W całym Biszkeku był wtedy okropny zamęt, a wielu skorzystało z okazji i grabiło oraz niszczyło sklepy, banki, urzędy. Zaiste jest co świętować, zwłaszcza że od momentu zmiany warty na szczeblu rządzących ceny poszły w górę, a płace... jak to płace, ani drgnęły. Oczywiście ówczesna władza uważa, że lepszej od niej nie było i nie będzie, więc aby rokrocznie przypominać ludowi kto tu rządzi, postanowiono utworzyć święto rewolucji 2005 r.

Świętowanie Nauruz w centrum Karakołu







Do tej pory nie pisałam nic o różnicach kulturowych między Polską (Europą) a Kirgistanem, gdyż jako takich wybitnie rzucających się w oczy i na uszy nie uświadczyłam. Aż do zeszłego tygodnia. Miałam wtedy dość uciążliwy katar i raz po raz czyściłam nos za pomocą chusteczki. Mimo, że nie wydawałam jakichś nadzwyczaj głośnych dźwięków zauważyłam, że dziewczyny w klasie oraz sama wykładowczyni zaczynają chichotać, gdy tylko przystępuję do procedury oczyszczania nosa. Pierwszy raz pomyślałam, że to zbieg okoliczności, gdy ja sobie smarkam oni się śmieją. Za drugim razem wydało mi się to już za bardzo podejrzane, żeby było zbiegiem okoliczności. Trzecim razem byłam już pewna, ze coś jest na rzeczy.
Jak się okazało, w Kirgistanie tzw. smarkanie jest rzeczą wstydliwą (tak jakby u nas na głos puścić bąka) – stąd te śmiechy. Tadeas, który wydaje znacznie głośniejsze dźwięki, również doświadczył śmiechu kolegów z grupy oraz wykładowcy, kiedy tylko zaczynał ‘wydmuchiwać nos’ :) Co ciekawe, w sąsiednich Chinach głośne smarkanie jest rzeczą jak najbardziej normalną i nikt się tego nie wstydzi. Jak jest w innych republikach środkowoazjackich póki co – brak danych.

Nie wiem, czy pisałam już, że w Kirgistanie często wyłączają prąd. Na paręnaście czy parędziesiąt minut, albo na parę godzin. Podczas mojego pobytu tutaj w mikroregionie Woschod prąd wyłączano jak na razie kilka razy (co trwało od kilkudziesięciu minut do kilku godzin). Wczoraj, kiedy przyszłam do mieszkania ok. godz. 19 światła już nie było, a z powrotem włączyli o 22. Niestety nie byłam na to przygotowana więc siedziałam najpierw przy laptopie, a potem korzystając z okazji wszechobecnych ciemności podrzemałam sobie :) Dzisiaj jednak postanowiłam zabezpieczyć się na przyszłe przerwy w dostawie energii i kupiłam świeczki.

Wczoraj byłam z Paszą (Rosjaninem, który bardzo chce przyjechać do Polski na zarobek) w tutejszym domu dziecka. Osiem lat temu Amerykańcy (ach ci wielkoduszni Amerykanie) za swoją kasę kupili budynek, który wyremontowali, wyposażyli w meble i sprzęty, i postanowili przeznaczyć na dom dziecka. Do tamtego czasu większość bezdomnych karakolskich dzieci spała na ulicy. W ośrodku jest około 30 dzieciaków, w wieku od kilku do 18 lat. Ogólnie fajne i miłe dzieci. Szkoda, że nie mają swoich własnych domów,


Malczik z tutejszego domu dziecka




Aha, w końcu odebrałam też wizę. Kosztowało mnie to parę godzin spędzonych w urzędach i 4500 somów. Jeszcze muszę się zarejestrować (nie wiem po jakiego hriena, ale jak kazali to niestety trza). Ostatnio stałam jakąś godzinę w kolejce do pokoju, gdzie m.in. rejestrują, żeby po wejściu dowiedzieć się, że pani naczelnik... będzie we wtorek. „Zachoditie wo wtornik!” madafaka :/ Jak ja nie cierpię urzędów!

poniedziałek, 15 marca 2010

Santechnik

Kirgizi uwielbiają się spóźniać i zaczynać wszystko później, niż było w planie (no może oprócz zajęć na uniwerku). Pisałam już wcześniej, że kiedy umawiam się z Janarą na konkretną godzinę, najpierw dzwoni ona z uprzedzeniem, że przybędzie za pół godziny, po czym i tak przychodzi od całej do półtorej godziny później niż początkowo się umawiałyśmy. Ostatnio w Karakole miało miejsce Issykulskie KWN, czyli pokazy kabaretowe szkolników i młodzieży uniwersyteckiej. Postanowiłam obadać sytuację. Na plakatach reklamujących KWN napisali, że impreza zacznie się o 17. Ponieważ mieszkam tu już dłużej niż tydzień, wiedziałam, że nie ma co liczyć, że KWN rozpocznie się zgodnie z godziną podaną na plakacie. Przyszłam więc 17.15 licząc się z tym, że poczekam jeszcze pewnie z 15 minut zanim zaczną. No niestety, przeliczyłam się. Wszystko udało się zacząć dopiero o... 18! Całą godzinę później niż reklamowano! Takie rzeczy to tylko w Kirgistanie... :)


Plakat reklamujący KWN


Teraz nieco z innego słoika - w moim karakolskim kibelku popsuła się spłuczka, więc zadzwoniłam do właściciela mieszkania, aby coś na to poradził. On z kolei zadzwonił do santechnika (pana naprawiacza), który miał się pojawić dziś wieczorem lub jutro rano celem naprawy spłuczki (a wcześniej miał przedzwonić na domowy telefon). Santechnik nie przedzwonił jednak na telefon, tylko od razu przylazł (dobrze, że nie jutro rano, jako że wtorek to mój dzień wolny od uniwerku). Przyszedł, pomajstrował przy spłuczce, w końcu ją naprawił (coś było zapchane i nie przepuszczało wody – wszystko przez to, że czasami leci tak brudna woda, że i spłuczkowe systemy zapcha). Poprosiłam go o telefon, na wypadek gdyby znowu coś się zapchało i wtedy od razu bym do niego przedzwoniła, a nie do właściciela. Spytałam się jeszcze, czy coś muszę płacić, na co pan naprawiacz odrzekł, że wszak „djengi nikogda nie mieszajut” (pieniądze nigdy nie wadzą), ale te usługi są bezpłatne. Na koniec pan się przedstawił (Wadim), ja też, i wyszedł. I to by był koniec banalnej historyjki, gdyby...
Niedługo po tym jak santechnik wyszedł zadzwonił domowy telefon. Był to... santechnik. Poprosił, żebym przedzwoniła z komórki na jego tel. komórkowy bo potrzebuje mój numer. Trochę mnie to zdziwiło, ale pomyślałam, że skoro potrzebuje (myśłałam, że może musi jakiś blank zapełnić) to mu podam. Napisałam smsa typu „Dzień dobry, to mój numer. Malwina”. I dostałam odpowiedź... „Cześć, tu ja Wadim. Chciałbym, żebyśmy poznali się bliżej i przeszli na ‘ty’”. Nie powiem, szczena mi opadła. haha. Koleś – około 50-tki, który przyszedł naprawić mi spłuczkę od kibla i spędził w moim mieszkaniu jakieś 5 minut, chce mnie bliżej poznać. Oh, Lord. Pomyślałam sobie, że nie mogę być niemiła, bo a nuż spłuczka się znowu zepsuje i nie będzie miał kto jej naprawić, więc nic nie odpisałam. A tu za parę minut dzwoni na komórkę Wadim i pyta czy dostałam smsa. Kurde znowu mnie zatkało, ale szybko oprzytomniałam i mówię, że nie było mnie w pokoju bo dopiero wyszłam z łazienki. Wadim na to, żebym przeczytała smsa, którego mi przysłał i przedzwoniła. No to kurde się zaczęłam zastanawiać co tu począć. Odpisałam na odczepnego, co to właściwie znaczy „żebyśmy się bliżej poznali”. Wadim zaraz odpisał, że „no, czasem porozmawiać przez telefon czy gdzieś wyjść” (!!!)
W końcu mu odpisałam taktowną odmowna odpowiedź odnośnie „bliższego poznania się”. Ten jednak nie rezygnował i... zadzwonił do mnie znowu (chyba będę teraz wyłączać komórkę). Coś tam gadał odnośnie tego, że czasem by do mnie zadzwonił, żeby pogadać, itp. O blin! Co za koleś. Chyba nie będę już reagowała na jego smsy i telefony, a jak znowu popsuje się spłuczka poproszę o innego santechnika :)

Ostatnio gadałyśmy z Janarą o kasie i dowiedziałam się, że maksymalna zapłata w Karakole to 10 000 somów, czyli ok. 666 PLN. Średnio ludzie dostają za swą pracę po ok. 7000 – 8000 somów (466 - 533 PLN). Oczywiście takie zarobki obowiązują wśród „zwykłych” ludzi, bo mer miasta czy inne wysokopostawione urzędasy albo właściciele restauracji lub hoteli zarabiają na tyle dużo, że wożą się po mieście Mercedesami, Audi, Lexusami czy różnymi japońskimi markami samochodów, których (oprócz starych Ład) jest tu najwięcej i co ciekawe – wszystkie one mają kierownice po lewej stronie.
Wracając do kasy - miesięczne stypendium dla najlepszych studentów IGU (Issykkulskowo Gosutarstwjennowo Uniwersitjeta) wynosi... 250 somów (16 zł).

Niedawno do mojego pokrowca na komórkę, dołączyła torebka (dostałam na urodziny od Janary i jej chłopaka) i osiołek wykonane także z wojłaka (baraniej sierści). Najchętniej wykupiłabym cały sklep takich ręcznie robionych pamiątek.

Ręcznie wykonane suweniry z wojłaka i inne kirgiskie pamiątki




Talizmany na milosc, zdrowie, szczescie i odnalezienie drogi w zyciu


Osioł z wojłaka i Kukas ujeżdżający osła


czwartek, 11 marca 2010

Dajosz mołodjoż!

Dopełniając wątek dotyczący Dnia Kobiet. Nie zorganizowano miejskiej imprezy z okazji Święta Wiosny (jak inaczej nazywają tu Dzień Kobiet), więc Karakolcy świętowali każdy jak umiał po swojemu. Osobiście tego dnia dostałam parę życzeń na komórkę od kirgisko-rosyjskich koleżanek i Tade (oraz płytę CD ze składanką piosenek, m.in. Michaela Jacksona czy Eltona Johna, przy doładowaniu kasy na komórkę), ale spędziłam dzień najnormalniej w świecie. Ponieważ pogoda była piękna, poszliśmy z Tade obadać tutejszą cerkiew (gdzieś w początkach moich zapisków na blogu wstawiłam jej zdjęcie) oraz Dungański meczet. Przy meczecie jest parę ławeczek, na których przycupnęliśmy i siedzieliśmy tak z godzinę, aż zakomunikowano nam, że zaraz zacznie się namaz (muzułmańskie modły) i wskazane jest abyśmy opuścili teren meczetu. Po paru minutach zabrzmiały namazowe śpiewy z głośnika zainstalowanego na wieży. Fajny klimat szczerze mówiąc.


Dungański meczet





Dzisiaj napiszę trochę o telewizji.
Generalnie jakość obrazu nie uległa większej poprawie, ale za to dźwięk się polepszył i teraz mam jeden kanał „w pełni sprawny”, drugi kuleje pod względem obrazu, a trzeci jak mu się spodoba - albo w ogóle nie idzie go oglądać, albo obraz i dźwięk są znośne, tak że da się coś obejrzeć. Niestety jest jeszcze jedno ale... Otóż często bywa tak, że program/film, który oglądam nagle zostaje wyłączony i wtedy pojawia się mój „ulubiony” niebieski obraz bez dźwięku (brak sygnału). Jest to denerwujące, zwłaszcza gdy zacznę oglądać jakiś film, a przez nagły brak sygnału moje oglądanie zostaje przerwane. Raz nawet zdarzyło się, że był sygnał ale wyłączyli dźwięk, także film, od jednej trzeciej długości do końca, obejrzałam domyślając się o czym rozmawiają bohaterowie...
Ogólnie jeden kanał, który ma i dobry dźwięk, i obraz, jest dość nudnawy bo codziennie w godzinach wieczornych – czyli najbardziej mi odpowiadających - puszczają te same seriale. I to zawsze od dwóch do czterech odcinków na raz! Na szczęście jeden z nich, „Woroniny”, jest ok, więc nawet dobrze, że pokazują więcej niż jeden odcinek. Poza tym jest tu sporo tzw. miniatur, czyli krótkich komicznych scenek jedna po drugiej (u nas było kiedyś na TVN takie coś, nazywało się „3 po 3”). Najfajniejsze spośród nich to „Dajosz mołodjoż” (link poniżej), a zwłaszcza scenki z Keksem i Ukropem (p.s. ukrop to po polsku koper)


http://tv.molodejj.ru/dm/dm_rasta/?&page=1

Wspominałam już, że regionalna stacja telewizyjna puszcza codziennie ok. godz. 18 program o nazwie Muz Present, gdzie pierwsza część jest po rosyjsku i grają tam amerykańsko-europejsko-rosyjską muzykę, a w części drugiej mówią po kirgisku i puszczają kirgiskie piosenki.
Można tam wysyłać smsy, które czytają na wizji. Wczoraj kierowana głównie ciekawością ile kosztuje jeden SMS, wysłałam jedną wiadomość. Niestety wbrew moim oczekiwaniom nie przeczytali jej na wizji.
Dzisiaj włączyłam tv i zaczęłam pisać blog. Właściwie nie zwracałam większej uwagi na to co pokazują na ekranie, aż tu nagle słyszę... moją wczorajszą wiadomość! Ha! Dzięki oryginalno-jajcarskiej treści wiadomości, prowadzący zwrócił się do mnie osobiście poprzez ekran telewizora (wspomniał m.in. o niebieskich włosach – pisałam już kiedyś, że Malwina z popularnej w całym byłym ZSRR skazki o przygodach Buratino miała włosy koloru niebieskiego). A po mojej wiadomości puścili Lady Gaga „Poker face”. Oh yeah! ;)

P.s. moim ulubionym batonem nie jest już rosyjski batnocik z nadzieniem, tylko Kinder Maxi, który kosztuje aż 17 somów, a jest taki mały (tylko 21 gramów)


Brizol, czyli rulon z cielęciny z surówką, grzybami lub pomidorami w środku (do wyboru) i smażonym jajkiem na wierzchu. Podawany z puree, kaszą lub ryżem (albo ze wszystkim na raz). Na marginesie, brizol zamówiła Janara, ja tylko spróbowałam, a zadowoliłam się smażoną kuricą z cebulą i papryką.

niedziela, 7 marca 2010

S nastupajuścim ili s proszedszim! korocie, s prazdnikom!

Jutro święto wiosny, czyli Dzień Kobiet. Z tej okazji w telewizji od rana do wieczora puszczają reklamy ukraszane tandetnymi rymowanymi wierszykami – życzenia od różnych firm. Na razie nic nie słyszałam o miejskiej imprezie z okazji prazdnika. Jutro się zobaczy.
Parę dni temu byłam z Janarą w wizowym oddziale dowiedzieć się jak to będzie z tym przedłużeniem wizy. Kobieta kazała wypełnić dwie bumażki (świstki papieru), które wraz z paszportem zostawiłam u niej biurze. Mam się zgłosić 15-go marca po dalsze instrukcje.
Interesujące, że wiza na jeden miesiąc na lotnisku kosztowała mnie w przeliczeniu na euro nieco ponad 50. Teraz z kolei na pół roku mam niby zapłacić… 75 euro (i to droższy wariant, bo parowjazdowy). Dla porównania – w ambasadzie Kirgistanu w Berlinie czy Wiedniu biorą za półroczną wizę ponad 350 euro (tyle też zapłacił Tadeas…)
W weekend pojechaliśmy z Czechem za miasto. Aż 7 kilometrów za miasto – do wioski Przystań Przewalsk. Jest to miejsce, gdzie istnieje symboliczny grób Nikołaja Przewalskiego.
Przewalskiego określa się mianem pierwszego badacza Centralnej Azji. Chociaż nazwisko brzmi polsko, był on Rosjaninem. W latach 1867-1885 odbył 5 wielkich podróży po terenach dzisiejszej wschodniej Rosji, Chin (w tym Tybet) , Mongolii, Kirgistanu przemierzywszy tysiące kilometrów. O swoich ekspedycjach napisał kilka grubych ksiąg. Podczas jednej z wypraw odkrył gatunek niewielkich koni, które później zostały nazwane na jego cześć. Przewalski pod koniec lat 80-tych XIX wieku wyruszył w szóstą ekspedycję. Gdzieś pod Biszkekiem podczas polowania napił się wody ze strumienia. Jak się później okazało nie była ona zdatna do picia. Przewalski dojechał do Karakołu, a tam poczuł się na tyle źle, że na pomoc było już za późno. Umarł na dur brzuszny w wieku 49 lat (1888 r.). Zgodnie z wolą badacza jego prochy zostały rozrzucone nad Issyk-kułem. Tam też postanowiono postawić monument ku czci wielkiego podróżnika. Pomnik mierzy ponad 8 metrów i waży ponad 300 ton. Jest w nim sporo symboliki, np. orzeł to symbol męstwa i odwagi, którą odznaczał się Przewalski.


Pomnik Przewalskiego





Wracając do muzeum – jest ono częścią całego kompleksu, na którego terenie znajdują się: pomnik Przewalskiego, jego grób, pomnik ku czci kirgiskiego badacza Karasaja ułłu Kusejina, dwa małe budyneczki (niestety nie pamiętam co w nich się znajduje), drzewa, konie i stróżówka. A, i szczekające psy.
Wstęp do muzeum dla OBCOKRAJOWCÓW kosztuje 50 somów (ciekawe jak babuszka sprzedająca bilety odgadła, że jesteśmy z Tade obcokrajowcami, hmhmhm... Na marginesie - po ponad miesiącu życia w Karakole i łażenia po jego ulicach, wciąż słyszę kierowane w moją stronę „hi” i „hello” czy „how are you”, najczęściej ze strony dzieciaków). Dla swoich, czyli Kirgizów, Rosjan czy innych centralnoazjackich nacji, jest 2,5 raza taniej. Generalnie taka praktyka – wyższe ceny dla turystów z tzw. rozwiniętych krajów – jest tu normą. Wszystko to spuścizna po czasach sowieckich. W Kirgistanie i tak ceny za wstęp do muzeów czy innych obiektów tego typu nie są wysokie. Przejechać się finansowo na „byciu inostrańcem” można w Petersburgu czy Moskwie, gdzie wstępy do obleganych przez turystów atrakcji są o wiele wyższe jeśli nie jest się Rosjaninem, czy też mieszkańcem byłych republik radzieckich.
Babuszka, która sprzedała bilety do muzeum zaoferowała za 30-tosomową dopłatą tour po jego wnętrzu. Przez jakieś 40 minut opowiadała o Przewalskim, jego podróżach i współtowarzyszach ekspedycji, a także o samym muzeum. Zrozumiałam ok. 80% z tego co mówiła. To dobry wynik, zważywszy na to, że Tade zrozumiał ok. 25%...

P.s.2 Na początku pobytu w Karakole myślałam o zakupie suszarki do włosów, ale odkryłam, że dobrym substytutem jest jedna z farelek! A włosy nie schną wcale dużo dłużej, niż przy użyciu tradycyjnych suszarek :)



Moja kirgiska suszarka do włosów

środa, 3 marca 2010

Duży bazar w Karakole

Dzień Mężczyzn mamy już za sobą. Teraz oczekiwanym prazdnikiem jest Dzień Kobiet. Jeszcze nic nie słychać w kwestii wyboru miss fakultetu turystyki (bez obaw, nie mam zamiaru się zgłaszać), ale za to lokalna stacja telewizyjna zachęca do zgłaszania się do organizowanego przez nią konkursu na miss tej stacji właśnie. Namawiam koleżankę z grupy, żeby wzięła udział. Generalnie nie lubię konkursów piękności, gdyż jest to nic więcej jak targowisko próżności, ale z racji na dość cenne nagrody (sprzęty rtv) myślę, że warto poprzeć udział koleżanki w tym konkursie.
Dzisiaj w Karakole znowu była ładna, słoneczna pogoda. W takie dni czuje się nadejście wiosny… No może gdyby nie leżący na ulicach śnieg, który tylko co wczoraj spadł (w przeciągu jakichś trzech godzin napadało go tyle, co nie napadało przez miesiąc). Myślałam, że zima na dobre wróciła, ale pogoda tutaj zmienia się tak jak mi się zmieniają słodyczowe upodobania (moim ulubionym batonikiem nie jest już Kinder Bueno, tylko rosyjski mlecznoczekoladowy batnocik z kremem, mniam!).


Mój nowy ulubiony baton



Powrót zimy do Karakołu





Poza tym jest nadzieja, że być może wkrótce podłączą mi szerokopasmowy Internet. Wystarczy, że właściciel mieszkania pójdzie w odpowiednie miejsce i podpisze odpowiednie papiery. Ale jako, że to Kirgistan, załatwienie tego przez właściciela mieszkania może trwać długo, a może i wcale nie dojść do skutku. Jest ponoć jeszcze opcja Internetu za pośrednictwem komórki, ale na razie nie wiem czy są tam jakieś limity przesyłu bajtów.
Jako, że 7-go marca kończy mi się miesięczna wiza, myślałam że zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, pojedziemy z Janarą do Biszkeku po przedłużenie wizy. Okazuje się jednak, że NIBY w Karakole także można to zrobić, gdyż znajduje się tu jakiś oddział paszportowo-wizowy. Piszę niby, bo jednak to Kirgistan i wszystko możliwe.
Nie wiem czy pisałam już, że w Karakole znajdują się dwa bazary – jeden (mały) w centrum, a drugi (duży) – bardziej na obrzeżach. Na dużym bazarze można kupić praktycznie wszystko co potrzebne dla domu – owoce i warzywa, produkty spożywcze w paczkach i na wagę (m.in. kiełbasę krakowską), garnki i inne sprzęty do kuchni, ubrania, śruby i młotki, art. chemiczne… Poza tym można także kupić… baranie łby, np. dla przyrządzenia pysznego wywarku (mniam!).

Apetyczne baranie (czy też owcze) łby



Przyprawy (głównie pieprz), np. do baranich łbów


Wokół bazaru jest też dużo sklepów, gdzie sprzedają… to co na bazarze i często za niższą cenę (to po cholerę ten bazar?). W jednym ze sklepów pracuje pewien Ujgur (Ujgurzy są ludem pochodzenia tureckiego i żyją gł. w Chinach; nie mają swojego państwa), który chciał sobie pokonwersować z inostrańcem i pytał się jak tam się w Polsce żyje, ile u nas narodu teraz (bo jak on się uczył w szkole to 38 milionów było). Mówił, że tutaj po rozpadzie ZSRR, to same minusy. Zero pozytywów. W Związku było czyściej, bardziej bogato i kulturalnie. Żyli zarówno Kirgizi, Rosjanie jak i Żydzi i Niemcy. Teraz zostali tylko Kirgizi, Rosjanie i Ujgurzy oraz Dugnanie (grupa etniczna pochodzenia chińskiego). Ogólnie słyszy się tu różne głosy odnośnie rozpadu ZSRR – niektórym przykrzy się za nim, inni cieszą się, że w końcu pracują na swój kraj.

Duży bazar w Karakole







Ze smutnych newsów: sobaćki nie widziałam już ponad 10 dni. Nie wiem co się z nią stało, ale pewnie nic dobrego :/

sobota, 27 lutego 2010

Narty (zjazdowe)

Mam już nowiuśki telefon. W sumie nawet dobrze się stało, że zgubiłam stary, w przeciwnym razie pewnie jeszcze długo nie zmieniłabym komórki, która ciągle się „zawieszała”, a bateria wytrzymywała najwyżej 2 dni (jeśli telefon nie był intensywnie eksploatowany, w innym przypadku najwyżej dzień!)… Do komórki zakupiłam od razu pokrowiec z baraniego futra - ręczna robota kirgiskich kobiet. Takie pamiątki kosztują od 100 do 150 somów.

Ręcznie wykonany pokrowiec z sierści barana



Dzisiaj skończyłam 24 lata. Dziewczyny z grupy chciały wyjść gdzieś żeby uczcić moje urodziny zwłaszcza, że powiedziano mi, że tutaj liczba 24 (i 12) ma jakieś pozytywne, magiczne znaczenie (nie wyjaśniono mi niestety dlaczego). Tak się jednak złożyło, że w przeddzień urodzin spotkałam przypadkiem na ulicy dziewczynę z grupy (którą pamiętałam z widzenia tylko podczas pierwszego dnia pobytu na uniwerku, gdyż rzadko pojawia się ona na zajęciach, a i ja też przychodzę tylko na 4 przedmioty). Okazało się, że Wika pracuje w restauracji znajdującej się na stacji narciarskiej (parę kilometrów na południowy-wschód od Karakołu). Zaproponowała żebym nazajutrz (tj. dzisiaj) pojechała razem z nią na gornołyżkę (stację). To było jakieś zrządzenie losu, że spotkałam Wikę na ulicy, gdyż dużo już słyszałam o gornołyżce i bardzo chciałam tam pojechać. Niestety nie miałam za bardzo z kim (jak wcześniej pisałam nikt z grupy nie jeździ na nartach), ani nie wiedziałam jak tam dojechać czym innym niż drogą taksówką. Z Wiką spotkałyśmy się o 7 rano przy jednym z wielu nieformalnych przystanków pracowniczego (i dlatego bezpłatnego) autobusu wożącego mieszkańców Karakołu do pracy na gornołyżce przy wyciągach narciarskich, w wypożyczalni sprzętu, hotelu, restauracji… Po drodze Wika opowiadała mi sporo o sobie i o swoim życiu. Urodziła się w Kraju Primorskim w Rosji, a potem przeprowadziła się z matką do Kirgistanu. Na zajęcia chodzi rzadko, bo musi pracować, a godziny pracy kolidują z godzinami wykładów i ćwiczeń. Wika mieszka sama, a za wynajem mieszkania płaci 2 tys. somów (kiedy się dowiedziała, że ja płacę 5 tys. „zrobiła wielkie oczy”). Zwiedziła już praktycznie cały Kirgistan i bardzo chciałaby podróżować po świecie, ale nie ma na to pieniędzy.
Swoją drogą istnieje na świecie jawna niesprawiedliwość także i w kwestii możliwości poznawania świata przez studentów z różnych krajów. O ile Amerykanie, studenci z Europy Zachodniej, Australijczycy czy Kanadyjczycy podróżują dużo, o tyle dla młodych ludzi z krajów typu Kirgistan (nie wspominając o niektórych państwach afrykańskich czy np. Azji Płd-Wsch.) czasami dużym problemem finansowym są wyjazdy w inny zakątek nawet własnego kraju.
Wika lubi pomagać innym ludziom, jak to mówi – czasami człowiek jest na takim dnie, że sam nie jest sobie w stanie pomóc. Wtedy trzeba pomóc mu zrobić ten pierwszy, najtrudniejszy krok. Potem da już sobie radę sam.
Jedną z koleżanek Wiki jest Rachat, z którą razem chodziła do szkoły średniej. Obydwie chciały iść na studia, lecz pewnego dnia Rachat została porwana przez jakiegoś kirgiskiego chłopaka. W Kirgistanie istnieje tradycja porywania dziewczyn przez chłopaków. „Ukradziona” dziewczyna zostaje żoną porywacza czy tego chce, czy nie. Najczęściej porwanie odbywa się za obopólną zgodą przyszłej pary małżonków, którzy znają się wcześniej. Jednakże czasem (jak w przypadku Rachat) porwanie następuje bez wcześniejszej zgody ze strony dziewczyny, która nie zna swego porywacza, a tym samym przyszłego męża. Trochę mnie to zszokowało, więc spytałam czemu dziewczyny godzą się na taki przebieg wydarzeń i grzecznie siedzą w domu, kiedy zostały porwane wbrew swojej woli.
Wika wyjaśniła, że panują tu swego rodzaju zabobony i np. babka czy matka mogą rzucić zły urok na dziewczynę, jeśli jest ona przeciwna całej kwestii porwania. Dziewczyny boją się konsekwencji złych babuszkowych mocy i nie protestując siedzą cicho w domu.
Rachat była w swym małżeństwie bardzo nieszczęśliwa. Zadzwoniła kiedyś do Wiki i rozpłakała się jej w słuchawkę. Wika postanowiła zorganizować „odbicie” koleżanki. Pojechała z kolegami autem pod dom Rachat, wyciągnęła ją z domu („w klapkach”) i wsadziła do samochodu.
Rachat jakiś czas mieszkała u Wiki, a teraz uczy się i pracuje w Biszkeku…


Wyciągi na stacji narciarskiej „Karakoł”






Wracając do stacji narciarskiej… Na miejscu byliśmy po ósmej (autobus musiał przejechać całe miasto i po drodze zebrać grupki pracowników). Od razu udałyśmy się do pokoju Wiki (na terenie gornołyżki jest mały budynek, w którym czasami nocują pracownicy hotelu i restauracji oraz ochrona), gdzie zostawiłam swój plecak i aparat. Wika dała mi klucz po pokoju, także po 12-tej mogłam swobodnie przyjść tutaj w celu skonsumowania zawartości plecaka i zabrania aparatu, aby tym razem zrobić parę zdjęć na stokach.
Stacja znajduje się na wysokości 2300 m n.p.m., a najwyżej na jednym z czterech wyciągów można wjechać na nieco ponad 3 tys. metrów. Stamtąd rozciąga się piękny widok na cztero- i pięciotysięczniki potężnego łańcuchu górskiego Tien szan (m.in. Pik Przewalskiego 4273m n.p.m., Pik Karakoł 5216 m n.p.m.). Z kolei patrząc na północ widać położony w dolinie Karakoł oraz rozciągający się na zachód od niego olbrzymi Issyk-kul. Z tego miejsca (tzw. Panorama) jazda na nartach czy snowboardzie nie jest zalecana amatorom, gdyż jest to fragment o dużym kącie nachylenia stoku. Oczywiście ja nie należę do profesjonalistów i wjechałam na Panoramę głównie kierowana ciekawością widoku z tego miejsca. Ale ponieważ zjazd z Panoramy możliwy jest dwoma różnymi trasami i postanowiłam sobie, że przejadę się choć raz wszystkimi trasami, wjechałam tam jeszcze raz. Muszę przyznać, że trzeci raz już bym nie zjechała stamtąd nawet za pieniądze. Patrząc na niektórych narciarzy pędzących w dół z Panoramy z zawrotną szybkością i skaczących na muldach parę metrów w przód, aż mi ciarki na plecach przechodziły.


Widoki z Panoramy







Snowboardzisci na Panoramie


W dolinie Karakol i Issyk-kul na zachód od niego


Do domu miałam wrócić tym że autobusem, którym przyjechałam na stację. Jednakże Wice coś się pomieszało w kwestii godziny odjazdu autobusu i takim sposobem odjechał beze mnie. Pozostało zamówić z miasta taksówkę (co by mnie w dobrym wypadku kosztowało 500 somów) lub czekać na jakiś samochód, który wraca do Karakołu i zechce mnie ze sobą zabrać. Spojrzałam na duży elektroniczny termometr, który pokazywał +4’C, co było dość zaskakujące zważywszy na fakt, że jest luty a baza leży na dwóch tysiącach metrów n.p.m. Dobrze, że było tak ciepło, bo na następny autobusik zjeżdżający do Karakołu czekałam ponad godzinę…

Najlepszy narciarz w Kirgistanie :D



Mała Kirgizka na kirgiskiej imprezie na stoku



Na marginesie, w restauracji na gornołyżce po raz pierwszy od przyjazdu do Kirgistanu udało mi się zjeść smaczne danie! Zamówiony pstrag był świeży i dobrze przyrządzony. Ceny – co zrozumiałe- dość wysokie, ale za dobre jedzenie, zwłaszcza tam gdzie jego deficyt, warto płacić.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dzień Mężczyzn

Jutro w Kirgistanie święto – Dzień Obrońców Ojczyzny, czyli święto armii sowieckiej. Jednakże bardziej niż narodowy prazdnik 23 luty świętowany jest jako Dzień Mężczyzn. W Polsce Dzień Kobiet a i owszem jest popularny i obchodzony, ale o Dniu Mężczyzn raczej mało kto pamięta. Tutaj pamiętają o świętach zarówno jednej jak i drugiej płci.
Ponieważ 23 lutego jest z powodu święta dniem wolnym od nauki (ale niekoniecznie od pracy, np. sklepy są otwarte), postanowiono zorganizować wybory Mistera Fakultetu Turystyki 2010 w przeddzień święta.

Scena karakolskiego Domu Kultury, na której odbyły się wybory Mistera Turystyki 2010


Impreza odbyła się w budynku podobnym do naszych Miejskich Ośrodków Kultury, główną jego część stanowiła duża sala ze sceną i siedzeniami. Śmiesznie się zaczął cały występ. Na scenę wyszła para i zaczęła tańczyć coś w rodzaju tanga do piosenki „Roxeanne”. Po chwili sprzęt zawiódł, coś się rozłączyło i muzyka zamilkła (para nie zważając na to tańcowała dalej), za moment muzyka znowu rozbrzmiała (para dalej brnęła ze swym układem), po chwili dźwięk się wyłączył (para kontynuowała tańce), potem znowu się włączył, wyłączył, jeszcze raz wyłączył (para ciągle tańczyła jak gdyby nigdy nic) i… koniec występu :)
Następnie na scenę wyszło sześciu kandydatów do tytułu mistera turystyki 2010. Obiektywnie oceniając wizualną atrakcyjność chłopaków daję im średnią 2,5 (na 6), no ale jak wszyscy wiedzą nie wygląd najważniejszy… Dlatego kandydaci mieli przed sobą szereg zadań do wykonania pod znaczącymi tytułami: „najmądrzejszy” (odgadnąć oznaczenia oficerskie majora, generała itp…) „najsilniejszy” (największa ilość wykonanych pompek), „najszybszy” (jabłkiem na sznurku przewiązanym wokół pasa jak najszybciej „dopchać” do krańca sceny znajdujące się na podłodze pudełko od zapałek) etc.

Kandydaci na mistera


Był także konkurs talentów… niektórzy nieudolnie śpiewali piosenki po angielsku, inni udolnie po kirgisku, a jeszcze inni wykonywali nowoczesne tańce (także udolnie).
Program imprezy oprócz konkurencji kandydatów na mistera ubarwiały występy taneczne, śpiewane i humorystyczne (krótkie komiczne scenki, tzw. miniatury) miejscowej młodzieży. Nieraz było śmiesznie - kiedy jeden z chłopaków śpiewając piosenkę nie pamiętał tekstu i co chwila zerkał na ściągę schowaną w dłoni, poza tym zabawne były też miniatury (szkoda tylko, że niektóre przedstawiano po kirgisku i wtedy nic nie rozumiałam). Spośród tancerz duże wrażenie zrobił szesnastolatek, który wykonywał tańce w stylu Michaela Jacksona. Chłopak świetnie się ruszał, a takiego „moon walka” w wykonaniu amatora jeszcze nie widziałam!
Masterem turystyki został kandydat, który właściwie niczym się nie wyróżniał, ani urodą, ani wybitną szybkością, siłą czy talentem tanecznym, za to odziany w kałpak i koftę (???) wykonał bardzo długą (i wygląda na to, że trudną) tradycyjną kirgiską pieśń. Zapewne i dlatego wygrał cały konkurs.
Tego też dnia zgubiłam telefon. Prawdopodobnie wypadł mi z kieszeni gdzieś po drodze z mieszkania. Nawet nie liczyłam na to, że później jeszcze raz przechodząc tą drogę mogę go znaleźć.
Kiedyś po zajęciach szłam kawałek drogi z Wiktorem i Azamatem z mojej grupy, którzy spytani co zazwyczaj robią po zajęciach odpowiedzieli: albo spotykamy się z kolegami u nas czy u nich w domu, albo idziemy… postać na ulicy :) Taki sposób spędzania wolnego czasu (stanie na chodniku w grupkach) preferuje spora część karakolskich chłopaków, także to chyba byłby cud jeśli nikt nie zauważyłby mojego telefonu leżącego sobie gdzieś na trasie mikroregion Woschod – centrum...